Maroko – Magiczne Południe. Od Zagory do Erfoud. Sahara na wielbłądach i zachód słońca!

Ten dzień był naprawdę wyjątkowy. Głównie dlatego, że po raz pierwszy w życiu (i mam nadzieję, że nie ostatni) zanurzyłem swoje stopy w piaskach Sahary. Ale zacznijmy od początku. Rano wyjechaliśmy z pięknego hotelu w Zagorze w stronę miasta Erfoud. Mijaliśmy po drodze tak wiele pięknych górskich krajobrazów, że nie potrafię tego nawet opisać. Spójrzcie sami:
Dziś wybieramy się do Timbuktu… żartuję. Naszym celem jest Sahara, a konkretnie wydmy Erg Chebbi.
Góry i przestrzenie…

 
Różne kształty i kolory.
Pasące się kozy – jedne z najczęściej spotykanych zwierząt w Maroko.
W pewnym momencie zatrzymaliśmy się w małym miasteczku, by uzupełnić zapasy (woda, kawa i co kto potrzebował). My skorzystaliśmy i pospacerowaliśmy marokańskimi uliczkami, chłonąc klimat tamtejszego codziennego życia.
Główna w mieście uliczka, a wszędzie dookoła pełno piachu.

Kobiety w kolorowych strojach noszą swoje dzieci w chustach, niczym plecaki.

Mężczyźni bardzo często po prostu… siedzą.

TIR – wielkości przeciętnego samochodu dostawczego 😉

Ciekawe murale, a także zdobienia samochodów ciężarowych.

Pojazd którym można przewozić żonę i dzieci, albo… zwierzęta.
Tak wygląda sprzedaż mięsa w sklepie.

Ciekawy, z perspektywy Polaka, strój miejscowego.
Chwilę później znów ruszyliśmy przed siebie, by zachwycać się fantastycznymi przestrzeniami i coraz bardziej pustynnym klimatem.
Późnym południem zjedliśmy obiad. Zamówiliśmy tadżin z koziną, który mnie posmakował, natomiast żonie już nie do końca (bo kozina była z tłuszczem).
Tadżin, czyli miejscowa potrawa z dużą ilością warzyw, orientalnych przypraw i czasem dodatkiem mięsa, jak i również nazwa glinianego naczynia utrzymującego ciepło potrawy  z charakterystyczną górą w kształcie stożka. W smaku przypomina coś w rodzaju  naszego kociołka przyrządzanego często na ognisku. Jedynie bogatsza część ludności może pozwolić sobie na dodatek mięsa. 
Przyjemny klimat i wystrój restauracji.
Wąskie, asfaltowe drogi prowadzące w stronę pustkowii.
Małe miasteczka umiejscowione u podnóża gór.
Kolory i kształty…
Piękna tych terenów nie da się opisać, naprawdę!
Ciekawostka: Często w rejonach górskich można spotkać ostatnie wędrujące grupki nomadów, bardzo biednych ludzi utrzymujących koczowniczy tryb życia! Mają specjalne zezwolenie od króla, na to by nie musieć posyłać swoich dzieci do szkół. Nauka szkolna do 1990 roku była płatna i nieobowiązkowa dlatego analfabetyzm panował wśród dużej częśći ludności. Całe szczęście z każdym rokiem sytuacja się poprawia.
A tutaj mamy mobilny posterunek policji. W Maroko fotografowanie służb mundurowych jest zakazane!
Na prawo od centrum kadru widać minimalne „tornadko” – częsty widok, im bliżej pustyni byliśmy.
W oddali stado wielbłądów.
W Maroko nie ma dzikich wielbłądów – wszystkie napotkane mają swoich pasterzy.
A taką drogą można zapewne dojechać do wsi, ukrytej gdzieś za wzniesieniem.
Wcześniej niż w poprzednich dniach dojeżdżamy do hotelu w Erfoud, gdyż na wieczór zaplanowana jest główna atrakcja dnia, czyli wyjazd jeepami na pustynię. Kwaterujemy się szybko w przyjemnym pokoju i podziwiamy okolicę.
Na terenie hotelu dużo pięknych roślin.

Kolorowe kwiaty są wszędzie!
A same pokoje mieszczą się w takich oto ciekawych budyneczkach.
Recepcja pięknie wykończona.
Pieprz… już go wcześniej widzieliśmy!
Nadszedł ten moment – pakujemy się do samochodów i jedziemy ok 40km bezdrożami, by u stup Sahary przesiąść się na wielbłądy… 
W dżipach bezdrożami w kierunku miejscowości Merzuga, gdzie mieliśmy wsiąść na wielbłądy.

Przed przesiadką na wielbłądy zostaliśmy poczęstowani pyszną, miętową herbatą marokańską.
Wszyscy zadowoleni! 🙂
Te zwierzęta są majestatycznymi, mądrymi istotami, choć wątpliwej urody 😉
Ruszyliśmy! Karawanę prowadził mały Hassan.

Hassan zrobił też nam kilka ładnych zdjęć!

Karawana zwiększała liczbę uczestników.
I pomyśleć, że na drugi koniec pustyni trzeba wędrować w ten sposób prawie dwa miesiące!
Lubimy takie pamiątkowe zdjęcia 🙂
Wesoło było z miejscowymi! 🙂
Przejażdżka na wielbłądzie to naprawdę ciekawe doświadczenie.
Kolory piasku zmieniają się,  w zależności od padającego nań światła.
Słońce chyli się powoli ku zachodowi.
Na wydmach można siedzieć, ale można też wykręcać salta!
Spacer w takim terenie to czysta przyjemność!

Daje dużo radości!
Tutaj tego nie widać, ale byłem zachwycony!
  
Ujęcia piasku z różnej perspektywy.
Nie byłbym sobą, gdybym nie odbił swojej stopy w piasku i tego nie sfotografował 😛
Miło tak posiedzieć wspólnie w piachu 🙂 

Ależ widok!
Zachód nad Saharą to przeżycie niemal mistyczne!
Z przyjemnością tu kiedyś wrócimy.
Miejscowym było chłodno…
Podsumowując, wyprawa na Saharę to naprawdę fantastyczne przeżycie, a jazda na wielbłądzie zapisze się w pamięci na długo (to nie takie proste, jakby mogło się wydawać!). Do tego obserwowanie życia ludzi w najuboższej części Maroka skłania do refleksji i wdzięczności za to, w jakich warunkach dane jest nam żyć na codzień!
Poprzednie wpisy z cyklu o Maroko:

Maroko – Magiczne Południe. Od Warzazat do Zagory.

Kolejny dzień objazdu Maroka rozpoczął się od miasta Warzazat i  wizyty w rozbudowanej kazbie Taourirt, czyli ufortyfikowanym mieście. W takich kazbach do dziś mieszkają ludzie, o czym mogliśmy się przekonać w trakcie podróży.
Kazba Taourirt w Warzazat.
if (typeof CeneoAPOptions == „undefined” || CeneoAPOptions == null) { var CeneoAPOptions = new Array(); stamp = parseInt(new Date().getTime()/86400, 10); var script = document.createElement(„script”); script.setAttribute(„type”, „text/javascript”); script.setAttribute(„src”, „//partnerzyapi.ceneo.pl/External/ap.js?”+stamp); script.setAttribute(„charset”, „utf-8”); var head = document.getElementsByTagName(„head”)[0]; head.appendChild(script); } CeneoAPOptions[CeneoAPOptions.length] = { ad_creation: 254642, ad_channel: 16845, ad_partner: 13173, ad_type: 1, ad_content: ‚4377’, ad_format: 1, ad_newpage: false, ad_basket: false, ad_container: ‚ceneoaffcontainer254642’, ad_formatTypeId: 1, ad_contextual: false, ad_recommended: false, ad_showRank: false };
Na drugim planie budynki studia filmowego w Warzazat.
Widok z górnych pomieszczeń kazby.
Fantastyczne zdobienia z „bogatego” lokum w kazbie.
 W trakcie zwiedzania pogoda urządziła nam psikusa i spadł deszcz, a następnie grad! Później okazało się, że te pogodowe anomalie dostarczyły nam dodatkowych wrażeń…
Przewodnik zaskoczony gradową obfitością. Jego strój (jellaba) wykonany jest z wełny wielbłąda!
W Maroko większość kotów jest bezpańskich. W obleganych przez turystów miejscach koty wydają się dokarmione i zadbane.
Kolor niebieski to kolor Berberów, czyli walecznego ludu zamieszkującego południe Maroka.
Dość niezwykły widok – palma pokryta kulkami gradu.
Wnętrze muzeum kinematografii. W Warzazat i okolicach powstało wiele znanych filmów.
 Po wyjedzie z Warzazat kierujemy się wzdłuż doliny rzeki Draa. Wspomniane anomalie pogodowe sprawiły, że wezbrały tzw. rzeki okresowe. Prąd w takiej rzece potrafi być bardzo silny – jadąca przed nami ciężarówka została zepchnięta z drogi! Na szczęście kierowca naszego autokaru radził sobie świetnie i bezpiecznie przekraczaliśmy pędzące masy wody. Co ciekawe, sporo miejscowych gromadził się przy przejazdach, by obserwować jak radzą sobie ci, którzy próbują zmagać się z rzeką. Osobówki w ogóle nie podejmowały przekraczania wezbranych wód.
Dla miejscowych wezbrane wody były nie lada atrakcją.
Niby strumyk, ale wierzcie, miał moc zepchnąć z drogi ciężarowe auto!
Półpustynne widoki, małe oazy.
Dużo małych miast i wiosek ukrytych między górami.
Kręte drogi przecinające góry.
A same góry – przepiękne!
Niewielkie miasteczko położone w przepięknej okolicy.
Tutaj pracy podejmują się również dzieci.
Obserwujemy potężną oazę i najwyższą górę w okolicy.
Miejscowy immam wracający do domu (?).
Trafiliśmy do sklepu, gdzie sympatyczny arab przebrał nas w stroje berberyjskie…
… i arabskie. Do tego poczęstował nas wspaniałą herbatą marokańską.
Kolejna kazba, lub ksar (czyli ufortyfikowana wieś) gdzieś w oddali, pod górami.
Ruiny glinianych konstrukcji mijaliśmy dość często.
Niektóre miejsca choć w kiepskim stanie, to wciąż są zamieszkałe!
W pewnym momencie dotarliśmy do oazy, w której zapoznaliśmy się ze sposobem uprawy różnych roślin jadalnych. Nie spodziewałem się, jak wiele gatunków rośnie w cieniu wysokich palm!
Do wychodzenia na palmę nie potrzeba drabiny – można wspinać się po jej pniu!
My byliśmy atrakcją dla miejscowych równie dużą, jak oni dla nas.
Po wizycie w oazie i zakupach smakowitych daktyli udaliśmy się do stojącego w pobliżu ksaru. Nie chce się wierzyć, że w budynkach z gliny, słomy i bambusa żyją normalnie ludzie! Te domy wyglądają bardzo ubogo, ciężko tu mówić o jakichkolwiek udogodnieniach (choć kanalizację i prąd już mają). 
Choć może to wydawać się nieprawdopodobne, w takich budynkach mieszkają ludzie!
W tym konkretnym ksarze (czyli ufortyfikowanej wsi) mieszka około 1200 rodzin! Przeciętna rodzina liczy 10 osób… 
Widok z górnych pięter ksaru.
Popularny w Maroku środek transportu.
Osiołki ciężko tu pracują.
Pokój w ksarze.
Magazyn na żywność.
Sufit z bambusa.
Ludzie tu są ubodzy, ale bardzo sympatyczni.
Pomalowany kolorowo mur oznacza, że za nim znajduje się szkoła.
Kolorowa, miejscowa ludność.
Wieczór z widokiem na palmową dolinę i miasteczka nieopodal hotelu.

Teneryfa, część trzecia: wulkan Teide.

Podczas naszej podróży poślubnej na Teneryfę mieliśmy okazję wybrać się na wycieczkę jeepami na najwyższą górę w okolicy, czyli wulkan Teide (Pico del Teide) . Sam szczyt ma 3718 m n.p.m i jest najwyższą górą Hiszpanii, a także trzecim największym wulkanem na świecie, licząc od podstawy (znajdującej się w oceanie). Teide to wulkan czynny, choć od dłuższego czasu z jego wierzchołka nie wydobywała się lawa (ostatnia erupcja miała miejsce w 1909 r.). Więcej informacji o tej niezwykłej górze możecie znaleźć w przewodniku po Teneryfie Bereniki Wilczyńskiej.
Zapraszam do oglądnięcia tej galerii, gdyż widoki w parku otaczającym Teide są po prostu fenomenalne!

Wyruszyliśmy wcześnie rano.

Sama droga nie wymagała używania jeepów, dopiero po fakcie stwierdziliśmy, że były one tylko chwytem marketingowym 😉

Po drodze obserwowaliśmy niesamowite formacje skalne.

Oczywiście musieliśmy poprosić o pamiątkowe zdjęcie! A stoimy na polu zaschniętej lawy.

Takich miejsc z zastygłą lawą jest w parku Teide bardzo dużo.

Na dużych wysokościach roślinność podobna, jak na południowej części wyspy, przy samym oceanie – małe krzaczki.

Spiętrzona lawa.

Prawie marsjańskie krajobrazy!

A oto i sam szczyt Teide!

Potężne skalne monumenty. Część z nich występuje nawet na starych banknotach hiszpańskich (1000 pesetas – do sprawdzenia w wyszukiwarce)

Aby zrozumieć wielkość tych formacji, warto zauważyć w lewej części zdjęcia grupę turystów.

Krajobraz z esencją piękna okolicy 😉

Można tu spotkać wielu turystów, prawie jak na Krupówkach w Zakopanem! 🙂

Uwielbiałem przyglądać się i robić zdjęcia tym skałom.

Tutaj z kolei piękna panorama, choć nie można niestety oddać wielkości przestrzeni, jaka jest zawarta na tym zdjęciu.

Tam w dole widać górę… Góra otoczona większymi górami, fenomen!

Spacery u podnóża Pico del Teide…

Musieliśmy mieć wspólne zdjęcie z tego miejsca!

Roślinność choć niewysoka, to rozkwitająca!

Naprawdę ciężko było przestać fotografować te piękne widoki.

Ścieżka w stronę skalistych monumentów.

Kaniony.

Takimi sprzętami podróżowaliśmy podczas tej wycieczki.

Towarzyszyły nam ogromne ilości sporej wielkości jaszczurek (najprawdopodobniej to kanaryjka niebieskoplama, którą w Polsce trzyma się w terrariach). Co ciekawe, na Teneryfie nie ma węży, ani żmij!

Piękne, eteryczne rośliny.

Następna grupa turystów podziwiająca fenomen okolicy.

A tu sam szczyt z bliska. Widać górną stację kolejki, do której niestety nie udało się dostać z powodu zbyt mocnego wiatru wiejącego w tym dniu. Szkoda nam było strasznie, ale przynajmniej mamy teraz dodatkowy powód, by wybrać się na Teneryfę ponownie!

Na sam szczyt (czyli ponad stację kolejki) można dostać się tylko ze specjalnym pozwoleniem. Trzeba je wyrabiać kilka miesięcy przed planowanym przyjazdem.

W centralnej części zdjęcia widzimy jęzory lawy, które zastygały już w trakcie erupcji.

Podczas zjeżdżania z wulkanu przyglądaliśmy się zmieniającej się roślinności. Tu widzimy endemiczne sosny kanaryjskie. Do dziś pamiętam ich zapach! W górnej, lewej części zdjęcia można dostrzec najbliższą sąsiadkę Teneryfy, czyli wyspę La Gomera (na której Krzysztof Kolumb miał swój dom, oraz z której najczęściej wyruszał na wyprawy).

Czarna lawa i świeży las.

A tutaj najświeższe pole lawy, z 1909 r.
Jeśli będziecie na Teneryfie, nie zapomnijcie o wybraniu się na górę Teide! Niezapomniane widoki gwarantowane!

Teneryfa, część druga: Montana Amarilla

Kontynuuję opowieść z Teneryfy, dziś wycieczka na Górę Żółtą, lub inaczej na Montana Amarilla, która znajduje się zaraz przy opisywanej w poprzednim poście plaży Playa Amarilla.

Niech Was nie zmyli kolor podłoża – to nie jest ziemia, to szorstka i sucha skała.

W oddali widać Górę Czerwoną – przy jej brzegach odbywają się mistrzostwa świata w serfingu, oraz można odwiedzić jedną z bardziej znanych w okolicy plażę nudystów.

Nieliczna roślinność.

W oddali miejscowość Los Abrigos, oraz port lotniczy Areopuerto de Tenerife Sur.

Co kawałek inny kolor podłoża
Krajobraz prawie księżycowy, choć to raptem kilkaset metrów od miasta!

Piękne widoki przez małe „okna” w skałach.

Podłoże skalisto – żwirowe.

Najwygodniejsze moim zdaniem buty turystyczne na ciepły klimat – Elbrus Waika – naprawdę szczerze polecam, są ultralekkie, dobrze amortyzują i z racji materiałowej konstrukcji są też niesamowicie przewiewne!

To zdjęcie dość dobrze oddaje stromiznę Montana Amarilla – niby niska góra, a jednak można się zmęczyć!

W oddali masyw Teide – trzeciego najwyższego wulkanu na świecie.

Wędrujemy w stronę oceanu.

„Zagęszczenie” roślinności

Ścieżki spacerowe poprowadzone w taki sposób, by móc zachwycać się przeróżnymi, nadoceanicznymi widokami.

Zdjęcie które zrobiła mi żona ewidentnie pokazuje, że jestem bardzo zadowolony z wycieczki 😉

Rozgałęziające się szlaki dawały różne możliwości wyboru trasy.

My zdecydowaliśmy się wracać wzdłuż południowego brzegu w stronę Plaży Żółtej.

Zwróćcie uwagę na kolory wulkanicznej skały.

Przy okazji wycieczki podziwialiśmy też kwiaty opuncji…
… i kanaryjskie koty – jak widać bardzo podobne do naszych dachowców 😉

Koniec dnia to również cudne widoki…

Teneryfa, część pierwsza: Playa Amarilla.

Dawno mnie tu nie było! Właściwie to chciałem praktycznie porzucić tego bloga, na rzecz mojego ważniejszego blogotworu, czyli Szczęśliwego minimalisty. Ale po analizie statystyk widzę, że nawet starsze posty wciąż się wyświetlają i parę osób zagląda tu regularnie, więc nowe posty będą się pojawiać! W najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku wpisów związanych z Teneryfą.
Dziś rozpoczynam serię zdjęć, które wykonałem podczas naszej podróży poślubnej na Teneryfę. Na dzień dobry piękna Playa Amarilla, czyli po naszemu Plaża Żółta.

Wędrując w stronę plaży od Costa del Silencio możemy natknąć się na niezliczone ilości hoteli i nadmorskich kurortów, oraz… porzucone (?) łodzie.

Plaża Żółta (Playa Amarilla) kolor zawdzięcza niewielkiemu wzniesieniu, które jest… pomarańczowe. Oczywiście w zależności od padania światła słonecznego, kolor może też wchodzić w żółtawy. A sam dostęp do oceanu jest usiany czarnymi skałami wulkanicznymi.
Okolica sucha i skalista.

Po lewej widzimy część parku Góry Żółtej – zdjęcia z wędrówki po niej będą w innym wpisie. 

Ciemne skały i błękitny ocean, fenomenalne połączenie!

Kolorów jest tu moc, wystarczy poszukać!

Ocean ciągle przytula się do wybrzeża…

To konkretne miejsce jest wręcz idealne na odpoczynek z książką. Choć niektórzy wolą tędy schodzić do wody w celu odkrywania podwodnych głębin (podobno jest tu jedno z najciekawszych miejsc do nurkowania na wyspie)

Skały są różnorodne, wielokolorowe, zachwycające!

Prawie gładka skała – prawie, bo wiele osób postanowiło na niej wyryć swoje imiona (co można zobaczyć w dolnej części zdjęcia).

My woleliśmy usiąść, pokontemplować piękno okolicy i uwiecznić to na zdjęciach.

Trzeba uważać na kolegów, którzy mogą delikatnie uszczypnąć, jeśli stanie im się na drodze (lub usiądzie na głowie) 😉

Strasznie nas cieszyło wędrowanie wzdłuż wybrzeża!

A tu widok z góry w stronę najbliższych hoteli na Costa del Silencio.

Ścieżki idealne do spacerowania!

Czyż te skały nie są piękne?

Ja osobiście nie mogłem się nasycić widokami, tak niecodziennymi dla Polaka!
To była dość spora skała, choć zdjęcie tego oddać nie może…

W momencie przypływu, miejsce które widać znajduje się pod wodą.

Czarno-szare skały wulkaniczne.

Rybka w mozaice, tuż przy barze na Playa Amarilla.

A poniżej mapa, dla chcących odwiedzić to miejsce kiedyś w przyszłości!

Złota jesień, część druga.

Kilka kilometrów od domu rośnie sobie las. Spędziłem dziś w nim chwilę, czytając książkę, oraz spacerując i fotografując. Pięknie było! 🙂

Holandia. Park De Loonse en Drunense Duinen.

Korzystając z wolnego od pracy, słonecznego dnia, wybraliśmy się na małą wycieczkę do nieodległego od nas parku krajobrazowego De Loonse en Drunense Duinen w okolicach Tilburga. Krótka, bo mająca w sumie ok 35km rowerowa przygoda. wyjątkowo pozytywnie naładowała nam wewnętrzne baterie!

Ledwie wyjechaliśmy za miasto, a Asia znalazła sobie nowego przyjaciela 😉

Po drodze mijaliśmy sporo mniejszych i większych, malowniczych kanałów.

Mieliśmy też okazję poprzyglądać się ciekawym pojazdom.

Warte uwagi były też plantacje szparagów.

I nagle pojawił się krajobraz pustynny…

No, może nie do końca pustynny, ale było dużo, dużo piachu 🙂

Naprawdę piękne miejsce!

Rzeka piasku wpływająca do pustynnego morza?

A tu mamy mały odpowiednik śniegowego stoku narciarskiego – tyle że z zupełnie innego materiału 😉

Samotny piechur.

To jest wzniesienie. Niezbyt często spotykana sprawa w Holandii!
Ciekawostka: na znaku jest informacja, że to ścieżka dla rowerów… górskich! W dodatku spotkaliśmy na niej ogromne ilości rowerzystów na wypasionych góralach, w pełnych strojach kolarskich. Ścieżka była super, łagodny, leśno-piaszczysty sigletrack – ale poradziliśmy sobie z nią bez problemu na najzwyklejszych holenderkach 😉 Ciekawe w takim razie, jakie wrażenie zrobiłyby beskidzkie trasy na rowerzystach z Holandii? 

Postanowiłem zostawić tu trwały ślad swojej obecności…ekhm,

Górskie spacery.

Wczoraj wrzuciłem ostatnie zdjęcie z kalendarza na 2016 rok, które było mocno zimowe, dlatego też dziś dla odmiany wrócę pamięcią do wyprawy na Czerwone Wierchy, które odbywało się w zdecydowanie cieplejszej aurze 🙂 
Wyjątkowo lubię to zdjęcie, gdyż dobrze oddaje wysokość oraz poziom stromizny, jaką trzeba było pokonać schodząc z gór. A do tego podoba mi się tutaj przyjemny kontrast zieleni z pomarańczową koszulką funkcyjną mojej dziewczyny.
Fotografię odrobinę przerobiłem w stosunku do pierwotnej wersji, którą możecie zobaczyć z wpisu „Czerwone Wierchy.” – dodałem koloru i wyrazistości. Oceńcie zresztą sami!

Włoska wieś…

Jesień w tym roku chłodna i deszczowa, nie chce za bardzo zamienić się w ciepłą i złotą… Dlatego też z wielką lubością powracam pamięcią do czasu spędzonego we Włoszech… Sympatyczne, pogodne wieczory, gdzieś pod Modeną – aż chce się spakować i jechać tam z powrotem!

Rezerwat Biokovo i góra św. Jerzego.

Dziś prezentuję zdjęcia z niezwykle malowniczego rezerwatu Biokovo położonego w środkowej części wybrzeża Dalmacji. Najwyższym szczytem tego masywu jest góra św. Jerzego (Sveti Jure), o wysokości 1762 m n.p.m., na którą można dostać się podjeżdżając np. samochodem. Widoki przepiękne, a sama dwudziesto-trzy kilometrowa droga przysparza ogrom radości kierującemu pojazdem.
Krajobraz mocno skalisty.

Droga wąska, trzeba było szukać miejsca na wyminięcie się z pojazdem jadącym z na przeciwka.

Konkretnie pod górkę!

Widoki cudne…

Serpentyny mocno pokręcone.

Widok ze szczytu w kierunku… autostrady.

W oddali wyspa Hvar i półwysep Peljesac.

Mała chatka z niezłym widokiem na morze (to niebieskie w górnej części zdjęcia to właśnie Adriatyk).

Słońce potrafi niesamowicie malować po skałach!

Ta droga jest naprawdę fantastyczna, jazda nią to sama przyjemność!

Spacerować też można. Wyjście i zejście na górę św. Jerzego to minimum 11 godzin tekkingu. W lecie to musi być naprawdę niezłe wyzwanie.

Dalmacja widziana z wysokości ok 1500 m n.p.m.

Mimo mocno skalistego podłoża, rośliny też tu rosną!

Najłatwiej dostać się tu samochodem, ale jak widać, stojaki na rowery też są przygotowane!

Biokovo powstało w wyniku zderzenia europejskiej i afrykańskiej płyt tektonicznych. Destrukcja czy kreacja?

Zabawy w morzu.

Zachwycające górskie widoki.

A sama droga na szczyt ma raptem ok 100 lat!

Wcześniej na tym obszarze żyli spokojnie pasterze… w prawej części zdjęcia można zobaczyć resztki zabudowań.

Adriatyk i Maslinica na wyspie Solta.

Jeden z dni chorwackiego urlopu spędziliśmy na statku pływającym po wodach Adriatyku. Dopłynęliśmy nim do miejsca zwanego Niebieską Laguną, oraz do miasteczka Maslinica na wyspie Solta.

Rejs statkiem pozwolił rzucić okiem na mniejsze wysepki, których na Chorwacji jest pełno – tu na jednej postawiona jest mała latarnia morska

Potężne farmy wiatrowe ustawione na wzgórzach.

Kolor wody w morzu urzekający.

Wspaniałe katamarany przy prywatnych posesjach na mniejszych wysepkach.

Mewy są wszechobecne.

Kozy wędrujące po skałach to już rzadszy widok, niż mewy.

Jachty, motorówki, woda…

Sporo osób czerpało satysfakcję z kąpieli w Niebieskiej Lagunie.

Niektórzy z kolei znajdowali przyjemność w spacerowaniu.

Mewy z lubością towarzyszyły nam w podróży – dokarmiane resztkami z obiadów na statkach rosną do naprawdę sporych rozmiarów.

Wody Adriatyku to również świetne miejsce do uprawiania sportów takich jak windsurfing,

Nie ma tu piaszczystych plaż…

Są za to piękne miasteczka portowe. Wpływamy do Maslinicy.

Kilkadziesiąt milinów euro.

Rower za kilkanaście euro 😉

Dla mnie atrakcją było też wyszukiwanie starszych, zniszczonych „łajb”.

Woda ma chyba wszystkie odcienie koloru niebieskiego.

W takich miejscach świetnie się wypoczywa, czytając np. książkę, lub drzemie w cieniu drzew, wsłuchując się w morski szum fal…

Łódka „na cegłach”.

Zachwycały mnie budynki z kamienia, pokryte dachówką. I te drewniane okiennice!

Motory znacznie rzadziej spotykane, niż skutery – ale również świetnie sprawdzają się na tutejszych wyspach jako środek transportu.

Kwiaty w przeróżnych kolorach.

Różowe rododendrony.

Fajnie by było mieć taki zestaw na własność – mała wyspa, łódka, kawałek morza 😉

Mały krab ma na własność muszlę po ślimaku.

A ten sprzęt na drugim planie to już w ogóle jest kosmiczny. Wodne Ferrari?

Piękne wybrzeże.

W drogę!… A raczej: w morze!

Ten żaglowiec był gigantyczny. Zdjęcie nie jest w stanie tego oddać, niestety.

W drodze powrotnej do Trogiru…

Jeziora Plitwickie

Dziś zdjęcia z Parku Narodowego Jezior Plitwickich. Jest to niezwykle popularne (w mojej opinii aż za bardzo) miejsce wycieczkowe na Chorwacji. Atrakcją są tam pięknie ulokowane 16 jezior które są połączone ze sobą systemem wodospadów.
Oprócz niewątpliwych zalet tego urokliwego miejsca są też dwie wady. Pierwszą z nich jest zdecydowane zbyt duże ilości turystów – na zdjęciach tego nie widać, ale przez większą część ok. 5 godzinnej trasy truchta się w korkach. Przy jednym z wodospadów kolejka miała dobre 25 minut na dystansie ok 150 metrów! Moim zdaniem władze parku powinny rozwiązać ten problem, wprowadzając ograniczenia czasowe, lub rozbudować sieć szlaków (a tych jest 4, od 2-3h czasu przejścia do 8-9h czasu przejścia).
Drugą z wad jest cena biletu wstępu. Na dzień dzisiejszy, w sezonie, wynosi ona 180 kun, a to w przeliczeniu wynosi ok. 105 zł. To cena biletu dla jednej osoby! Wybierając się rodzinnie trzeba liczyć się z naprawdę sporym wydatkiem…
Na szczęście piękno tego miejsca pozwala szybko oderwać się od tłumów i skoncentrować się na podziwianiu przyrody.
Warto też dodać, że w cenie biletu mamy możliwość skorzystać z pojazdów, które dowiozą nas na początek każdej z tras, jak również przepłynąć się 100 osobowym statkiem (czeka się chwilę na wejście na pokład, nam udało się popłynąć dopiero trzecim od przyjścia na „molo”).

Las, skały, woda… Cudnie!

To właśnie tu była 25-cio minutowa kolejka. Powód? Każdy chciał mieć selfie z tym wodospadem w tle.

Wyjątkowo piękne wodospady!

Trochę jak nasze Bieszczady…

Najwyższy wodospad na Chorwacji – ma 78m wysokości! Ma całkiem fajną nazwę: Wielki Wodospad 🙂

Następnym razem odwiedzamy jeziora PO sezonie! 😉

A gdyby ktoś miał ochotę poczytać trochę więcej o Jeziorach Plitwickich, odsyłam do Wikipedii – trzeba kliknąć TUTAJ.