Przydrożna kapliczka.

Lubię to miejsce. Znajduje się przy szlaku, pomiędzy Czudcem a Zaborowem. Dawniej jeździłem tędy rowerem, a w marcu spacerowałem pieszo. Kapliczka stoi w tym miejscu od dawna, ale widać, że wciąż ktoś o nią dba.

Około pół kilometra dalej, wciąż wędrując szlakiem, można dotrzeć do szczytu wzniesienia, z którego zobaczyć można m.in. maszt na Suchej Górze, oraz panoramę okolicy. Mam nadzieję w tym roku pozwiedzać okoliczne wzniesienia pieszo lub za pomocą dwóch kółek 🙂

Dźwiniacz Górny.

Dźwiniacz Górny był również atrakcją pierwszego dnia wyjazdu w Bieszczady. W moim odczuciu jedno z najspokojniejszych, bezludnych miejsc, do których warto zaglądnąć po chwilę ciszy. A niewiele ponad pół wieku temu tętniło tu życie jednej z wielu sporych, bieszczadzkich wsi…

Pochmurny dzień, a mimo to udało się czasem dostrzec szczyty najwyższych bieszczadzkich wzniesień.

Bobry w okolicach Dźwiniacza Górnego mają idealne warunki do życia.

Sama wędrówka jest niezwykle łatwa – prowadzi wzdłuż Doliny Sanu, czyli każdy da radę przejść, bo nie ma po drodze ani jednego ciężkiego podejścia!

Jeden z nielicznych śladów człowieka w tych stronach (poza betonową drogą, wybudowaną zapewne zza czasów świetności Iglopolu) – stara kapliczka, pamiętająca jeszcze smutne historie z regionu…

Jeśli tylko będę miał taką możliwość, zaglądnę tu jeszcze nie raz!

Co ważne – do Dźwiniacza Górnego można dojechać też rowerem, np. z Tarnawy Niżnej. Podczas naszej wędrówki spotkaliśmy ojca z synem na jednośladach, co dało mi do zrozumienia, że muszę powtórzyć ich wyczyn! 😉