Zielone wspomnienie sprzed roku – w Dolinie Sanu.

Ponieważ robi się coraz chłodniej i coraz bardziej szaro-buro, postanowiłem pogrzebać w zdjęciach sprzed roku, ale tylko w takich, które kojarzą mi się z ciepłem i kolorem. Znalazłem wspomnienie z wyprawy w Bieszczady, a konkretnie ze spaceru w Dolinie Sanu. Kto nie zna tego niezwykłego kawałka Polski, ten powinien jak najszybciej nadrobić podróżnicze zaległości! Tych zdjęć wcześniej nie publikowałem, więc pozwalam sobie na to dziś. 
Soczyście zielono.

Naprawdę soczyście zielono!

Wszystko było zielone!

Dźwiniacz Górny.

Dźwiniacz Górny był również atrakcją pierwszego dnia wyjazdu w Bieszczady. W moim odczuciu jedno z najspokojniejszych, bezludnych miejsc, do których warto zaglądnąć po chwilę ciszy. A niewiele ponad pół wieku temu tętniło tu życie jednej z wielu sporych, bieszczadzkich wsi…

Pochmurny dzień, a mimo to udało się czasem dostrzec szczyty najwyższych bieszczadzkich wzniesień.

Bobry w okolicach Dźwiniacza Górnego mają idealne warunki do życia.

Sama wędrówka jest niezwykle łatwa – prowadzi wzdłuż Doliny Sanu, czyli każdy da radę przejść, bo nie ma po drodze ani jednego ciężkiego podejścia!

Jeden z nielicznych śladów człowieka w tych stronach (poza betonową drogą, wybudowaną zapewne zza czasów świetności Iglopolu) – stara kapliczka, pamiętająca jeszcze smutne historie z regionu…

Jeśli tylko będę miał taką możliwość, zaglądnę tu jeszcze nie raz!

Co ważne – do Dźwiniacza Górnego można dojechać też rowerem, np. z Tarnawy Niżnej. Podczas naszej wędrówki spotkaliśmy ojca z synem na jednośladach, co dało mi do zrozumienia, że muszę powtórzyć ich wyczyn! 😉