Maroko – Magiczne Południe. Od Zagory do Erfoud. Sahara na wielbłądach i zachód słońca!

Ten dzień był naprawdę wyjątkowy. Głównie dlatego, że po raz pierwszy w życiu (i mam nadzieję, że nie ostatni) zanurzyłem swoje stopy w piaskach Sahary. Ale zacznijmy od początku. Rano wyjechaliśmy z pięknego hotelu w Zagorze w stronę miasta Erfoud. Mijaliśmy po drodze tak wiele pięknych górskich krajobrazów, że nie potrafię tego nawet opisać. Spójrzcie sami:
Dziś wybieramy się do Timbuktu… żartuję. Naszym celem jest Sahara, a konkretnie wydmy Erg Chebbi.
Góry i przestrzenie…

 
Różne kształty i kolory.
Pasące się kozy – jedne z najczęściej spotykanych zwierząt w Maroko.
W pewnym momencie zatrzymaliśmy się w małym miasteczku, by uzupełnić zapasy (woda, kawa i co kto potrzebował). My skorzystaliśmy i pospacerowaliśmy marokańskimi uliczkami, chłonąc klimat tamtejszego codziennego życia.
Główna w mieście uliczka, a wszędzie dookoła pełno piachu.

Kobiety w kolorowych strojach noszą swoje dzieci w chustach, niczym plecaki.

Mężczyźni bardzo często po prostu… siedzą.

TIR – wielkości przeciętnego samochodu dostawczego 😉

Ciekawe murale, a także zdobienia samochodów ciężarowych.

Pojazd którym można przewozić żonę i dzieci, albo… zwierzęta.
Tak wygląda sprzedaż mięsa w sklepie.

Ciekawy, z perspektywy Polaka, strój miejscowego.
Chwilę później znów ruszyliśmy przed siebie, by zachwycać się fantastycznymi przestrzeniami i coraz bardziej pustynnym klimatem.
Późnym południem zjedliśmy obiad. Zamówiliśmy tadżin z koziną, który mnie posmakował, natomiast żonie już nie do końca (bo kozina była z tłuszczem).
Tadżin, czyli miejscowa potrawa z dużą ilością warzyw, orientalnych przypraw i czasem dodatkiem mięsa, jak i również nazwa glinianego naczynia utrzymującego ciepło potrawy  z charakterystyczną górą w kształcie stożka. W smaku przypomina coś w rodzaju  naszego kociołka przyrządzanego często na ognisku. Jedynie bogatsza część ludności może pozwolić sobie na dodatek mięsa. 
Przyjemny klimat i wystrój restauracji.
Wąskie, asfaltowe drogi prowadzące w stronę pustkowii.
Małe miasteczka umiejscowione u podnóża gór.
Kolory i kształty…
Piękna tych terenów nie da się opisać, naprawdę!
Ciekawostka: Często w rejonach górskich można spotkać ostatnie wędrujące grupki nomadów, bardzo biednych ludzi utrzymujących koczowniczy tryb życia! Mają specjalne zezwolenie od króla, na to by nie musieć posyłać swoich dzieci do szkół. Nauka szkolna do 1990 roku była płatna i nieobowiązkowa dlatego analfabetyzm panował wśród dużej częśći ludności. Całe szczęście z każdym rokiem sytuacja się poprawia.
A tutaj mamy mobilny posterunek policji. W Maroko fotografowanie służb mundurowych jest zakazane!
Na prawo od centrum kadru widać minimalne „tornadko” – częsty widok, im bliżej pustyni byliśmy.
W oddali stado wielbłądów.
W Maroko nie ma dzikich wielbłądów – wszystkie napotkane mają swoich pasterzy.
A taką drogą można zapewne dojechać do wsi, ukrytej gdzieś za wzniesieniem.
Wcześniej niż w poprzednich dniach dojeżdżamy do hotelu w Erfoud, gdyż na wieczór zaplanowana jest główna atrakcja dnia, czyli wyjazd jeepami na pustynię. Kwaterujemy się szybko w przyjemnym pokoju i podziwiamy okolicę.
Na terenie hotelu dużo pięknych roślin.

Kolorowe kwiaty są wszędzie!
A same pokoje mieszczą się w takich oto ciekawych budyneczkach.
Recepcja pięknie wykończona.
Pieprz… już go wcześniej widzieliśmy!
Nadszedł ten moment – pakujemy się do samochodów i jedziemy ok 40km bezdrożami, by u stup Sahary przesiąść się na wielbłądy… 
W dżipach bezdrożami w kierunku miejscowości Merzuga, gdzie mieliśmy wsiąść na wielbłądy.

Przed przesiadką na wielbłądy zostaliśmy poczęstowani pyszną, miętową herbatą marokańską.
Wszyscy zadowoleni! 🙂
Te zwierzęta są majestatycznymi, mądrymi istotami, choć wątpliwej urody 😉
Ruszyliśmy! Karawanę prowadził mały Hassan.

Hassan zrobił też nam kilka ładnych zdjęć!

Karawana zwiększała liczbę uczestników.
I pomyśleć, że na drugi koniec pustyni trzeba wędrować w ten sposób prawie dwa miesiące!
Lubimy takie pamiątkowe zdjęcia 🙂
Wesoło było z miejscowymi! 🙂
Przejażdżka na wielbłądzie to naprawdę ciekawe doświadczenie.
Kolory piasku zmieniają się,  w zależności od padającego nań światła.
Słońce chyli się powoli ku zachodowi.
Na wydmach można siedzieć, ale można też wykręcać salta!
Spacer w takim terenie to czysta przyjemność!

Daje dużo radości!
Tutaj tego nie widać, ale byłem zachwycony!
  
Ujęcia piasku z różnej perspektywy.
Nie byłbym sobą, gdybym nie odbił swojej stopy w piasku i tego nie sfotografował 😛
Miło tak posiedzieć wspólnie w piachu 🙂 

Ależ widok!
Zachód nad Saharą to przeżycie niemal mistyczne!
Z przyjemnością tu kiedyś wrócimy.
Miejscowym było chłodno…
Podsumowując, wyprawa na Saharę to naprawdę fantastyczne przeżycie, a jazda na wielbłądzie zapisze się w pamięci na długo (to nie takie proste, jakby mogło się wydawać!). Do tego obserwowanie życia ludzi w najuboższej części Maroka skłania do refleksji i wdzięczności za to, w jakich warunkach dane jest nam żyć na codzień!
Poprzednie wpisy z cyklu o Maroko:

Maroko – Magiczne Południe. Od Warzazat do Zagory.

Kolejny dzień objazdu Maroka rozpoczął się od miasta Warzazat i  wizyty w rozbudowanej kazbie Taourirt, czyli ufortyfikowanym mieście. W takich kazbach do dziś mieszkają ludzie, o czym mogliśmy się przekonać w trakcie podróży.
Kazba Taourirt w Warzazat.
if (typeof CeneoAPOptions == „undefined” || CeneoAPOptions == null) { var CeneoAPOptions = new Array(); stamp = parseInt(new Date().getTime()/86400, 10); var script = document.createElement(„script”); script.setAttribute(„type”, „text/javascript”); script.setAttribute(„src”, „//partnerzyapi.ceneo.pl/External/ap.js?”+stamp); script.setAttribute(„charset”, „utf-8”); var head = document.getElementsByTagName(„head”)[0]; head.appendChild(script); } CeneoAPOptions[CeneoAPOptions.length] = { ad_creation: 254642, ad_channel: 16845, ad_partner: 13173, ad_type: 1, ad_content: ‚4377’, ad_format: 1, ad_newpage: false, ad_basket: false, ad_container: ‚ceneoaffcontainer254642’, ad_formatTypeId: 1, ad_contextual: false, ad_recommended: false, ad_showRank: false };
Na drugim planie budynki studia filmowego w Warzazat.
Widok z górnych pomieszczeń kazby.
Fantastyczne zdobienia z „bogatego” lokum w kazbie.
 W trakcie zwiedzania pogoda urządziła nam psikusa i spadł deszcz, a następnie grad! Później okazało się, że te pogodowe anomalie dostarczyły nam dodatkowych wrażeń…
Przewodnik zaskoczony gradową obfitością. Jego strój (jellaba) wykonany jest z wełny wielbłąda!
W Maroko większość kotów jest bezpańskich. W obleganych przez turystów miejscach koty wydają się dokarmione i zadbane.
Kolor niebieski to kolor Berberów, czyli walecznego ludu zamieszkującego południe Maroka.
Dość niezwykły widok – palma pokryta kulkami gradu.
Wnętrze muzeum kinematografii. W Warzazat i okolicach powstało wiele znanych filmów.
 Po wyjedzie z Warzazat kierujemy się wzdłuż doliny rzeki Draa. Wspomniane anomalie pogodowe sprawiły, że wezbrały tzw. rzeki okresowe. Prąd w takiej rzece potrafi być bardzo silny – jadąca przed nami ciężarówka została zepchnięta z drogi! Na szczęście kierowca naszego autokaru radził sobie świetnie i bezpiecznie przekraczaliśmy pędzące masy wody. Co ciekawe, sporo miejscowych gromadził się przy przejazdach, by obserwować jak radzą sobie ci, którzy próbują zmagać się z rzeką. Osobówki w ogóle nie podejmowały przekraczania wezbranych wód.
Dla miejscowych wezbrane wody były nie lada atrakcją.
Niby strumyk, ale wierzcie, miał moc zepchnąć z drogi ciężarowe auto!
Półpustynne widoki, małe oazy.
Dużo małych miast i wiosek ukrytych między górami.
Kręte drogi przecinające góry.
A same góry – przepiękne!
Niewielkie miasteczko położone w przepięknej okolicy.
Tutaj pracy podejmują się również dzieci.
Obserwujemy potężną oazę i najwyższą górę w okolicy.
Miejscowy immam wracający do domu (?).
Trafiliśmy do sklepu, gdzie sympatyczny arab przebrał nas w stroje berberyjskie…
… i arabskie. Do tego poczęstował nas wspaniałą herbatą marokańską.
Kolejna kazba, lub ksar (czyli ufortyfikowana wieś) gdzieś w oddali, pod górami.
Ruiny glinianych konstrukcji mijaliśmy dość często.
Niektóre miejsca choć w kiepskim stanie, to wciąż są zamieszkałe!
W pewnym momencie dotarliśmy do oazy, w której zapoznaliśmy się ze sposobem uprawy różnych roślin jadalnych. Nie spodziewałem się, jak wiele gatunków rośnie w cieniu wysokich palm!
Do wychodzenia na palmę nie potrzeba drabiny – można wspinać się po jej pniu!
My byliśmy atrakcją dla miejscowych równie dużą, jak oni dla nas.
Po wizycie w oazie i zakupach smakowitych daktyli udaliśmy się do stojącego w pobliżu ksaru. Nie chce się wierzyć, że w budynkach z gliny, słomy i bambusa żyją normalnie ludzie! Te domy wyglądają bardzo ubogo, ciężko tu mówić o jakichkolwiek udogodnieniach (choć kanalizację i prąd już mają). 
Choć może to wydawać się nieprawdopodobne, w takich budynkach mieszkają ludzie!
W tym konkretnym ksarze (czyli ufortyfikowanej wsi) mieszka około 1200 rodzin! Przeciętna rodzina liczy 10 osób… 
Widok z górnych pięter ksaru.
Popularny w Maroku środek transportu.
Osiołki ciężko tu pracują.
Pokój w ksarze.
Magazyn na żywność.
Sufit z bambusa.
Ludzie tu są ubodzy, ale bardzo sympatyczni.
Pomalowany kolorowo mur oznacza, że za nim znajduje się szkoła.
Kolorowa, miejscowa ludność.
Wieczór z widokiem na palmową dolinę i miasteczka nieopodal hotelu.

Maroko – Magiczne Południe. Od Agadiru do Warzazat.

29 marca 2019 roku po raz pierwszy moja stopa stanęła na Czarnym Lądzie, a konkretniej w Maroku, na lotnisku w Agadirze. Po prawie pięciogodzinnym locie, o 23.45 wraz z żoną stanęliśmy na płycie lotniska i udaliśmy się się dopełnić obowiązków turysty, czyli poddać się kontroli paszportowej. Chwilę po tym, miły, młody Marokańczyk zapytał, czy przypadkiem w bagażu nie posiadamy drona – oczywiście nie zabrałem go ze sobą, bo już wcześniej wiedzieliśmy, że w Maroko drony są zakazane, a osoby próbujące wwieźć je do kraju traktowane są jako szpiedzy.
Po odprawie udaliśmy się do autobusu, który zawiózł nas do hotelu. Do snu ułożyliśmy się już po 2 w nocy, choć sen nie był prosty – Agadir żyje w nocy i docierały do nas dźwięki dyskoteki i samochodów które chyba urządzały sobie małe wyścigi 😉
30 marca, po hotelowym śniadaniu (na którym częstowaliśmy się najprawdziwszą marokańską herbatą z miętą!), wyruszyliśmy na pierwszy dzień objazdu południa Maroka. W związku z tym chcę podzielić się z Wami zdjęciami, które zrobiłem na trasie wycieczki.
Na początku pojechaliśmy na jedno z pobliskich wzgórz, na którym znajdują się ruiny (nieciekawe) dawnej fortecy, zniszczonej w wyniku trzęsienia ziemi. Widok na Agadir i plażę był fantastyczny!
Do portu właśnie wpływały kutry rybackie, po nocnych połowach sardynki. Ponoć właśnie tutaj wyławia się najsmaczniejsze na świecie!
Fort, a raczej jego resztki nie prezentował się okazale.
Tutejsi „biznesmeni”, czyli wielbłądy zarabiające na robieniu sobie przy nich zdjęć 😉 
Co ważne, Marokańczycy bardzo nie lubią, gdy celuje się w ich stronę obiektywem – w islamie uważa się, że zdjęcie „kradnie duszę”, więc szanując ich kulturę staram się nie fotografować bezpośrednio miejscowych. Szkoda mi trochę, bo są niesamowicie kolorowi i fenomenalnie ubrani.
Na właściwie wszystkich drzewach można znaleźć przeróżne owoce.
Jest też mnóstwo przepięknych kwiatów!
A tu jedna z miejskich kawiarni, urokliwa i schowana w hotelowym ogrodzie.
Wspominałem o pięknych roślinach?
A tutaj przykład oryginalnych, berberyjskich drzwi.
Dotarliśmy do targu w Taroudant, gdzie można dostać mnóstwo przeróżnych produktów.
Tutaj zdobione pasy ze skóry.
Orzechy, przyprawy!
Sprzedaż i selekcja zbóż.
Dziesiątki odmian suszonych daktyli.
Raj dla miłośnika oliwek (czyli m.in. dla mnie!)
Zapachy nieziemskie! 
Podczas wizyty na targu widzieliśmy jak żyje miasto, tego się nie da sfotografować, ani opisać. Z jednej strony jest pośpiech, ludzie jeżdżą po wąskich uliczkach rowerami i motorami, slalomem pomiędzy pieszymi, ale także można zobaczyć Marokańczyków spokojnie rozmawiających ze sobą, nie przejmujących się okolicznym gwarem. Targ jest potężny, uliczki są bardzo wąskie, więc zgubić się tu można niezwykle łatwo! 
Smakowitości.
Po wizycie na targu – czas na obiad. Rozsmakowaliśmy się w kawie nus-nus (przepyszna!) i regionalnym posiłku zwanym tadżin, którego nazwa pochodzi od naczynia, w którym się takie danie przyrządza. Minusem jedzenia na rynku w mieście jest to, że bardzo dużo ludzi próbuje nam coś sprzedać. Młody chłopak chciał sprzedać nam chusteczki chyba z 5 razy!
Zabudowa rynku.
Taroudant otoczone jest murem, który nie tyko miał za zadanie chronić mieszkańców przed napaścią, ale także przed upałem.
Maroko jest krajem rozwijającym się, czyli nie wszystko w miastach wygląda tu tak, jak w Europie. Ot, choćby śmieci na każdym kroku, albo samochody jakieś takie mniej wystawne.
W dalszej drodze mogliśmy oglądać m.in. takie wioski na skałach.
Piękne góry i gaje arganowe oraz oliwne.
Różne odcienie brązów.
 Podróżując dalej przez góry dotarliśmy do regionu Taliouine, który słynie z upraw szafranu. Sam proces pozyskiwania go z kwiatów jest bardzo trudny, w związku z tym cena tej smakowitej przyprawy po prostu musi być wysoka. Jednak tu, w Maroko, szafran można dostać 3-4 razy taniej, niż w Europie. My mogliśmy spróbować wspaniałej marokańskiej herbaty z szafranem właśnie, która jest równie pyszna, co zwykła, miętowa herbata marokańska. Polecamy!
Szafran, czyli najdroższa przyprawa na świecie.
Dekoracje w orientalnym stylu.
Osiołki i kozy pasące się na prawie – pustyni. 
Piękne widoki i drogi wijące się w nieskończoność – raj dla miłośników samochodowych i motocyklowych wycieczek!
Same drogi w Maroko są dość dobre, choć wyboiste. Do tego ludzie nie bardzo chcą stosować się do przepisów i jeżdżą w „stylu dowolnym” – często też na głównych drogach spotyka się wozy konne, czy osiołki.
Mieliśmy szczęście do pogody (bo było trochę deszczowo), zmieniające się warunki ukazywały oblicze pustkowi w niecodzienny sposób!
Niewielkie opady mogą prowadzić do zalewania sporych połaci lądu – tu przejeżdżamy przez okresową rzekę.
W Maroko jest naprawdę dużo meczetów. I są małe, w wioskach, oraz potężne w dużych miastach. Największy z nich może pomieścić 24 tysiące wiernych! Ten tutaj zalicza się do tych najmniejszych.
Centrum jednego z miasteczek.
A okresowa rzeka coraz potężniejsza!
Pod wieczór dotarliśmy do hotelu w miejscowości Warzazat, słynącej z plenerów do produkcji filmowych. Powstawały tu takie filmy jak „Lawrence z Arabii”, „Gladiator”, czy sceny do serialu „Gra o tron”. Samą miejscowość zwiedzać będziemy jutro.
Widok z balkonu pokoju.
Palmy są wszędzie.
Hotele są pięknie urządzone, orientalne!
Podziwiamy wszelkie detale!
Niestety zdjęcia zgrywane na szybko z aparatu nie są w stanie oddać piękna tego, co mieliśmy okazję dziś zobaczyć. Mnie zachwycały góry, miasteczka i mieszkańcy Maroka. Mam nadzieję, że w kolejnych wpisach będę mógł pokazać Wam coś więcej!

Teneryfa, część trzecia: wulkan Teide.

Podczas naszej podróży poślubnej na Teneryfę mieliśmy okazję wybrać się na wycieczkę jeepami na najwyższą górę w okolicy, czyli wulkan Teide (Pico del Teide) . Sam szczyt ma 3718 m n.p.m i jest najwyższą górą Hiszpanii, a także trzecim największym wulkanem na świecie, licząc od podstawy (znajdującej się w oceanie). Teide to wulkan czynny, choć od dłuższego czasu z jego wierzchołka nie wydobywała się lawa (ostatnia erupcja miała miejsce w 1909 r.). Więcej informacji o tej niezwykłej górze możecie znaleźć w przewodniku po Teneryfie Bereniki Wilczyńskiej.
Zapraszam do oglądnięcia tej galerii, gdyż widoki w parku otaczającym Teide są po prostu fenomenalne!

Wyruszyliśmy wcześnie rano.

Sama droga nie wymagała używania jeepów, dopiero po fakcie stwierdziliśmy, że były one tylko chwytem marketingowym 😉

Po drodze obserwowaliśmy niesamowite formacje skalne.

Oczywiście musieliśmy poprosić o pamiątkowe zdjęcie! A stoimy na polu zaschniętej lawy.

Takich miejsc z zastygłą lawą jest w parku Teide bardzo dużo.

Na dużych wysokościach roślinność podobna, jak na południowej części wyspy, przy samym oceanie – małe krzaczki.

Spiętrzona lawa.

Prawie marsjańskie krajobrazy!

A oto i sam szczyt Teide!

Potężne skalne monumenty. Część z nich występuje nawet na starych banknotach hiszpańskich (1000 pesetas – do sprawdzenia w wyszukiwarce)

Aby zrozumieć wielkość tych formacji, warto zauważyć w lewej części zdjęcia grupę turystów.

Krajobraz z esencją piękna okolicy 😉

Można tu spotkać wielu turystów, prawie jak na Krupówkach w Zakopanem! 🙂

Uwielbiałem przyglądać się i robić zdjęcia tym skałom.

Tutaj z kolei piękna panorama, choć nie można niestety oddać wielkości przestrzeni, jaka jest zawarta na tym zdjęciu.

Tam w dole widać górę… Góra otoczona większymi górami, fenomen!

Spacery u podnóża Pico del Teide…

Musieliśmy mieć wspólne zdjęcie z tego miejsca!

Roślinność choć niewysoka, to rozkwitająca!

Naprawdę ciężko było przestać fotografować te piękne widoki.

Ścieżka w stronę skalistych monumentów.

Kaniony.

Takimi sprzętami podróżowaliśmy podczas tej wycieczki.

Towarzyszyły nam ogromne ilości sporej wielkości jaszczurek (najprawdopodobniej to kanaryjka niebieskoplama, którą w Polsce trzyma się w terrariach). Co ciekawe, na Teneryfie nie ma węży, ani żmij!

Piękne, eteryczne rośliny.

Następna grupa turystów podziwiająca fenomen okolicy.

A tu sam szczyt z bliska. Widać górną stację kolejki, do której niestety nie udało się dostać z powodu zbyt mocnego wiatru wiejącego w tym dniu. Szkoda nam było strasznie, ale przynajmniej mamy teraz dodatkowy powód, by wybrać się na Teneryfę ponownie!

Na sam szczyt (czyli ponad stację kolejki) można dostać się tylko ze specjalnym pozwoleniem. Trzeba je wyrabiać kilka miesięcy przed planowanym przyjazdem.

W centralnej części zdjęcia widzimy jęzory lawy, które zastygały już w trakcie erupcji.

Podczas zjeżdżania z wulkanu przyglądaliśmy się zmieniającej się roślinności. Tu widzimy endemiczne sosny kanaryjskie. Do dziś pamiętam ich zapach! W górnej, lewej części zdjęcia można dostrzec najbliższą sąsiadkę Teneryfy, czyli wyspę La Gomera (na której Krzysztof Kolumb miał swój dom, oraz z której najczęściej wyruszał na wyprawy).

Czarna lawa i świeży las.

A tutaj najświeższe pole lawy, z 1909 r.
Jeśli będziecie na Teneryfie, nie zapomnijcie o wybraniu się na górę Teide! Niezapomniane widoki gwarantowane!

Teneryfa, część druga: Montana Amarilla

Kontynuuję opowieść z Teneryfy, dziś wycieczka na Górę Żółtą, lub inaczej na Montana Amarilla, która znajduje się zaraz przy opisywanej w poprzednim poście plaży Playa Amarilla.

Niech Was nie zmyli kolor podłoża – to nie jest ziemia, to szorstka i sucha skała.

W oddali widać Górę Czerwoną – przy jej brzegach odbywają się mistrzostwa świata w serfingu, oraz można odwiedzić jedną z bardziej znanych w okolicy plażę nudystów.

Nieliczna roślinność.

W oddali miejscowość Los Abrigos, oraz port lotniczy Areopuerto de Tenerife Sur.

Co kawałek inny kolor podłoża
Krajobraz prawie księżycowy, choć to raptem kilkaset metrów od miasta!

Piękne widoki przez małe „okna” w skałach.

Podłoże skalisto – żwirowe.

Najwygodniejsze moim zdaniem buty turystyczne na ciepły klimat – Elbrus Waika – naprawdę szczerze polecam, są ultralekkie, dobrze amortyzują i z racji materiałowej konstrukcji są też niesamowicie przewiewne!

To zdjęcie dość dobrze oddaje stromiznę Montana Amarilla – niby niska góra, a jednak można się zmęczyć!

W oddali masyw Teide – trzeciego najwyższego wulkanu na świecie.

Wędrujemy w stronę oceanu.

„Zagęszczenie” roślinności

Ścieżki spacerowe poprowadzone w taki sposób, by móc zachwycać się przeróżnymi, nadoceanicznymi widokami.

Zdjęcie które zrobiła mi żona ewidentnie pokazuje, że jestem bardzo zadowolony z wycieczki 😉

Rozgałęziające się szlaki dawały różne możliwości wyboru trasy.

My zdecydowaliśmy się wracać wzdłuż południowego brzegu w stronę Plaży Żółtej.

Zwróćcie uwagę na kolory wulkanicznej skały.

Przy okazji wycieczki podziwialiśmy też kwiaty opuncji…
… i kanaryjskie koty – jak widać bardzo podobne do naszych dachowców 😉

Koniec dnia to również cudne widoki…

Teneryfa, część pierwsza: Playa Amarilla.

Dawno mnie tu nie było! Właściwie to chciałem praktycznie porzucić tego bloga, na rzecz mojego ważniejszego blogotworu, czyli Szczęśliwego minimalisty. Ale po analizie statystyk widzę, że nawet starsze posty wciąż się wyświetlają i parę osób zagląda tu regularnie, więc nowe posty będą się pojawiać! W najbliższym czasie możecie spodziewać się kilku wpisów związanych z Teneryfą.
Dziś rozpoczynam serię zdjęć, które wykonałem podczas naszej podróży poślubnej na Teneryfę. Na dzień dobry piękna Playa Amarilla, czyli po naszemu Plaża Żółta.

Wędrując w stronę plaży od Costa del Silencio możemy natknąć się na niezliczone ilości hoteli i nadmorskich kurortów, oraz… porzucone (?) łodzie.

Plaża Żółta (Playa Amarilla) kolor zawdzięcza niewielkiemu wzniesieniu, które jest… pomarańczowe. Oczywiście w zależności od padania światła słonecznego, kolor może też wchodzić w żółtawy. A sam dostęp do oceanu jest usiany czarnymi skałami wulkanicznymi.
Okolica sucha i skalista.

Po lewej widzimy część parku Góry Żółtej – zdjęcia z wędrówki po niej będą w innym wpisie. 

Ciemne skały i błękitny ocean, fenomenalne połączenie!

Kolorów jest tu moc, wystarczy poszukać!

Ocean ciągle przytula się do wybrzeża…

To konkretne miejsce jest wręcz idealne na odpoczynek z książką. Choć niektórzy wolą tędy schodzić do wody w celu odkrywania podwodnych głębin (podobno jest tu jedno z najciekawszych miejsc do nurkowania na wyspie)

Skały są różnorodne, wielokolorowe, zachwycające!

Prawie gładka skała – prawie, bo wiele osób postanowiło na niej wyryć swoje imiona (co można zobaczyć w dolnej części zdjęcia).

My woleliśmy usiąść, pokontemplować piękno okolicy i uwiecznić to na zdjęciach.

Trzeba uważać na kolegów, którzy mogą delikatnie uszczypnąć, jeśli stanie im się na drodze (lub usiądzie na głowie) 😉

Strasznie nas cieszyło wędrowanie wzdłuż wybrzeża!

A tu widok z góry w stronę najbliższych hoteli na Costa del Silencio.

Ścieżki idealne do spacerowania!

Czyż te skały nie są piękne?

Ja osobiście nie mogłem się nasycić widokami, tak niecodziennymi dla Polaka!
To była dość spora skała, choć zdjęcie tego oddać nie może…

W momencie przypływu, miejsce które widać znajduje się pod wodą.

Czarno-szare skały wulkaniczne.

Rybka w mozaice, tuż przy barze na Playa Amarilla.

A poniżej mapa, dla chcących odwiedzić to miejsce kiedyś w przyszłości!

Młody las.

W niedzielę miałem przyjemność pospacerować chwilę z aparatem po modym, ok 25-letnim lesie.
Szumiące i piękne modrzewie!
Gęstwina.
Brzozowy młodnik – bardzo prozdrowotne miejsce!
Trochę mroczniej, bo las się zagęszcza.
Las młody, ale drzewa już wysokie!
A tuż obok lasu szumiące pola…
Warto odpocząć wśród drzew!
A przy okazji, gdyby ktoś chciał kupić sobie las (ten konkretnie, który widać na zdjęciach), to można pytać pod telefonem w tym ogłoszeniu: Las Straszydle

Roksana.

Dawno nie było tu nowych wpisów, więc czas trochę to nadrobić 😉 Dziś prezentuję wyniki sesji z pozytywnie zakręconą Roksaną! 🙂 Zwróćcie uwagę na uśmiech – czysta magia! 🙂

Złota jesień, część druga.

Kilka kilometrów od domu rośnie sobie las. Spędziłem dziś w nim chwilę, czytając książkę, oraz spacerując i fotografując. Pięknie było! 🙂

Złota jesień, część pierwsza.

Dziś pogoda miała być deszczowa i pochmurna, przynajmniej wg zapowiedzi. Na podstawie tych właśnie prognoz zrezygnowałem m.in. z wyjazdu w Bieszczady. A oto jaka pogoda była w rzeczywistości:

Drift show Izdebki 2017

Po ostatnim reportażu z koncertu, dziś czas na kolejny, ale dotyczący zupełnie innego wydarzenia – zawodów sportowych związanych z mocno tuningowanymi, samochodowymi potworami! Przedstawiam fotorelację z Drift show Izdebki 2017!

Dużo zegarów – znaczy, że po tuningu 😉

Wygląd zewnętrzny się nie liczy, ważne to, co w środku!

A wewnątrz są na przykład fajne przełączniki.

Trytrytki dobre na wszystko!

Zdarzały się też zadbane piękności.

Jazda „na zimny łokieć” nabiera tutaj nowego znaczenia.

Najważniejsza jest na tych zawodach jazda bokiem!

Kibiców sporo!

Palone gumy to oczywistość.

Japońskie maszyny lubią drifty.

Niemieckie też, tak samo jak zostawianie za sobą swądu dematerializujących się opon!

Klasyki dają radę!

Mrugnął do mnie oczkiem, czy tylko mi się wydaje?

Na wprost też można jechać, choć niekoniecznie powoli.

Ale nikt tu nie przyjechał, by jeździć „normalnie”!

Niektórzy wolą prowadzić (i konstruować) również nienormalne samochody.

Driftująca cegła?

Szybko, coraz szybciej!

Nie, to nie są chmury!

Najmłodsi uczą się od najlepszych.

Do góry na pełnej petardzie!

Za to w dół można kogoś podwieźć w ramach relaksu.

Ten GTR jakoś nie kwapił się do poruszania się bokiem…
Za to właściciel tego BMW poruszał się driftem trochę za bardzo 😉

Asfalt po zawodach będzie pewnie bieżnikowany 😉

Sporo zabawy!

W lewo i w prawo!

Dobre selfie zawsze w cenie!

Przyjemnie się obserwuje zmagania zawodników, bo pogoda dopisała!

Można dwójkami? Można!

Na imprezie przeważały pojazdy niemieckiego giganta.

Niektóre były bardzo fotogeniczne.

Romans w parku maszyn.

Warto było wybrać się na Izdebki!

Koncert 0 % normy w Pijalni Rzeszowskiej.

Miałem dziś przyjemność uczestniczyć w koncercie rockowego zespołu 0 % normy, który dał popis we wnętrzach Pijalni Rzeszowskiej! Chłopaki grają konkretnie, bez problemu angażują publiczność do zabawy przy swoich ciekawych brzmieniach. 

Technicznie miałem sporo zabawy ze względu na znikome światło, dlatego zdjęcia w większości wykonane są na ISO 12800 – jeszcze nigdy nie ustawiałem takiej wartości w swoim aparacie! 😉

Polecam również zapoznać się z twórczością zespołu, którego utwory można znaleźć oczywiście na YouTube! A kawałek poniżej kręcony był w Rzeszowie!